Mafadi Korona Europy
  Gaizinkalns (Łotwa)
 

                  Gaizinkalns 
 
                                              Czyli 
                                 
                                   Przeniesienie się w czasie

 

Wjazd do Łotwy od strony wschodnio-południowej dostarczył nam nowych i na długo pozostających w pamięci wrażeń. Pozwolił także na przeniesienie się w czasie niemal we wszystkich aspektach codziennego życia. Jest to bowiem jeden z tych krajów, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, zaś za zasłoną kolorowych neonów widać szarą, postsocjalistyczną rzeczywistość. Widać prawdę codzienności...

Łotwa to swoista lekcja tego, czego spodziewać się można przy odwiedzaniu takich krajów, jak: Białoruś, Rosja czy Mołdawia i zanim samodzielnie zapuścimy się w tamte rejony, mimo wszystko warto zderzyć się z czymś, co jeszcze nosi śladowe ilości europejskości. Mówiąc Łotwa, na myśl przychodzi bieda, nędza, mchy i wodorosty! Łotwa to po prostu kraj jednego miasta i zaryzykować można stwierdzeniem, że widząc Rygę, w zasadzie widziało się już wszystko. Łotwa to dzikie pustkowia, gdzie w zasięgu wzroku na próżno szukać zabudowań, ludzi czy cywilizacji. Wrażenie, jakie wszyscy zgodnie odnieślimy to, że w tym kraju po prostu nie ma ludzi. 



Naszą przygodę z Łotwą rozpoczynamy jadąc z Litwy, gdzie po przekroczeniu granicy LT-LV kierujemy się na Madone, zaś ostatnim litweskim miastem, jakie za sobą zostawiamy są Jeziorasy i przejście graniczne Egipte. Już na samym wjeździe na terytorium Łotwy stajemy się punktem zainteresowania policji. Niestety wyłącznie jako mobilny bankomat. Kilka metrów po przejechaniu przejścia granicznego gwałtownie kończy się asfalt i rozpoczyna przygoda z, bądź co bądź, krajem należącym do UE. Od tej pory podróż przeobrazi się w przedzieranie traktów prowadzących wśród wykopanych tuneli, gdzie niegdyś znajdowała się droga. Staje się to o tyle ciekawsze, że na granicy znajdujemy się grubo po zmroku, a więc i trakt pokonujemy w ciemnościach. Jedynie w okolicy Dyneburga na chwilę znów pojawia się asfalt. Później pozostaje ciemność, brak dróg, ruch wahadłowy, brak zabudowań i sporadycznie mijany samochód. Co ciekawsze, w tych ciemnościach, gdzieś pomiędzy pustkowiem pól i lasów zatrzymuje nas policja żądając uiszczenia kary za przekroczenie prędkości o 40km/h w kwocie 160e !!! Oczywiście policjanci nie rozmawiają w żadnym obcym języku, ich radar przypomina przestarzałe CB radio, wedle którego równie dobrze mogliśmy przekroczć prędkość na Marsie zeszłej zimy, zaś rozumienie rosyjskiego jest nam ewidentnie nie na rękę. Staje na tym, że dokumenty otrzymamy wówczas, jeśli podpiszemy mandat kredytowy płatny w ciągu 3 dni na lokalnym posterunku. Udaje się uniknąć płacenia łapówki, odzyskać dokumenty i ruszyć dalej. Oczywiście żadnego mandatu nie opłacamy i nie zamierzamy tego czynić. Niestety niesmak i złe wrażenie pozostaje i z pewnością nie zachęca to do ponownego przyjazdu w te okolice. Dodatkowo jest 1 w nocy, jesteśmy drugą dobę w drodze, zmęczenie staje się coraz większe a teraz jeszcze mamy dobrą godzinę w plecy. Resztkami sił docieramy ok. 3 w nocy na miejsce, gdzie po umyciu zębów postanawiamy się przespać i dopiero o świcie poszukać szlaku. Noc, mimo złych prognoz, jest bezchmurna, gwiaździsta, spokojna i zimna



Ponieważ Gaizinkalns jest jedynie niewielkim wzniesieniem, to trudno tutaj pisać o przygotowaniach i trudach podejścia. Jest to ten ze szczytów KGE, na który po prostu się jedzie, wchodzi i wraca. Na mapie z łatwością odnajdujemy też szlak.



Z głównego parkingu na szczyt prowadzą dwie drogi, każda po ok. 20min. Postanawiamy więc wejść drogą mniej uczęszczaną (za gospodą), a zejść głównym szlakiem. Zarówno sam szlak, jak i dojazd jest dorze oznakowany i nikt nie powinien mieć trudności z dotarciem na miejsce. My, w środku nocy i przy sporym zmęczeniu, trafiliśmy tam bezbłędnie. W razie problemów wystarczy kierować się na ośrodek narciarski  

Na górę wiedzie leśna ścieżka.



I po maksymalnie 20 minutach osiągamy cel.



Następnie traktami, zwanymi drogami krajowymi, jedziemy po kolejny cel: Suur Munamagi. 







Na koniec warto jeszcze nadmienić, że drogę powrotną wyznaczyliśmy ścianą zachodnią zwiedzając przy okazji Rygę. Ta część kraju wygląda zupełnie inaczej...



Od Lautere zaczyna pojawiać się nawet asfalt. Natomiast Ryga to zupełnie inna opowieść... jest to jedyne miasto w Łotwie, które przypomina Europę. 







Ryga pozostaje więc kontrastem pomiędzy zaściankiem i cywilizacją, pomiędzy biedą i bogactwem. Nie zabawiamy w niej jednak zbyt długo i wyjeżdżając w ulewie, wybrzeżem zjeżdżamy w kierunku Kowna. 


Informacje techniczne 
Najlepszy start: Z DK P37 skręcamy w lewo na Dzirnavinas i Boki. Droga P81. Dojazd nie powinien sprawić kłopotu, wszystko jest dobrze oznakowane. Z drogi głównej jedziemy polami i lasami ok. 20km w stronę góry.  
Wejście na górę ok. 20min.
Zejście: 10min.
Na miejscu jest gospoda, stok narciarski i parking. 
Stopień strudności: żadnej trudności. 
Infrastruktura drogowa: Fatalna. Dojazd na górę jest bardzo dobrze oznakowany, ale na większości odcinków nie ma asfaltu.   
Zagrożenia: policja, która ukryta po krzakach tylko czeka, aby móc wlepiać mandaty. .
Uwaga: praktyką powszechnie stosowaną jest wymuszanie płacenia mandatu na miejscu, eskorta do bankowatu i odebranie prawa jazdy. 
Koszt wyjazdu: 365zł + 12e

********************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz podzielić się z nami swoją opinią?
Napisz: 
mafadi.pl.tl/Kontakt.htm
 




 






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja wiadomość:

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (22 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=