Mafadi Korona Europy
  Grossglockner (Austria)
 
                      Grossglockner
 
3798 metrów nad ziemią
 
 
Zdobycie Glocka już od dłuższego czasu zaprzątało moje myśli i chociaż wyjazd był wielokrotnie ogłaszany, to raz za razem był on odkładany na wieczne później. Oczywiście jedyna przeszkoda tkwiła jak zwykle w tym samym – w braku chętnych na wyjazd. A nawet, jeśli chętni się pojawiali, to nie było w nich zdecydowania i tak każdy zmontowany zespół wykruszał się tuż przed wyjazdem. Cała ta atmosfera sprawiała, że rodzić zaczęły się myśli czy faktycznie jeszcze w tym roku uda się stanąć na wierzchołku najwyższego szczytu Austrii.
 
Z drugiej strony ta potwornie bezczelna pewność siebie, że skoro rzekłem: wejdę tam, to przecież nie po to, by się wycofywać i gęsto tłumaczyć dlaczego tego nie uczyniłem.
 
Plan był prosty: Jest wolny weekend, trzeba jechać na Glocka. 3 Dni to idealnie, aby dojechać, wejść i wrócić. Ewentualnie zakładam jeden dzień poślizgu. Nie ma opcji, by mając aż dwa dni nie wejść. Przecież nie po to będę się tarabanić ponad 1000 km, aby popatrzeć jak wygląda sterta kamieni. 

Rzekło się, zaś wszystkie okoliczności są na tak! - Problemy rodzinne, opóźniony wyjazd, rezygnacja kolejnych osób i inf. o załamaniu frontu, chociaż cały tydzień mówiono o słonecznej pogodzie. Tym sposobem ruszamy jako zespół dwuosobowy i nie ma możliwości, aby zatrzymać to tandemiczne szaleństwo

Ruszamy 13 sierpnia po godz. 20. Droga szła całkiem nieźle gdyby nie fakt, że nawigacja oszalała 150km przed celem i włączyła tryb krajoznawczy czyli poprowadzę was najbardziej okrężną drogą chociaż to po drugiej stronie mostu. I tak dostaliśmy w bonusie dobre 150km i 4h w plecy. Planowany na rano start przekłada się przynajmniej na południe. Trudno, najwyżej wejdziemy w nocy! W końcu kupujemy winietkę i rezygnujemy z planu oszczędnościowego, gdyż zaczyna nas on zbyt wiele kosztować. Przy okazji olśniewa mnie, że jest niedziela i kupno jedzenia oraz picia nie jest możliwe, zaś wielki plan zakładał: nic nie bierzemy, kupimy wszystko po drodze. Cóż, pozostaje robienie Glocka na czczo  Dalsza droga, choć pod górę, to idzie już z górki. Kierujemy się drogą 161 na Mittersill a następnie nr 108 do Huben, skąd już odbijamy prosto do Lucknerhause. Po drodze czekają nas jeszcze 2 opłaty: za tunel 40e oraz za serpentynę pod parking 17e.



Na miejsce docieramy ok. godz. 13. Noc w drodze, potworny ból głowy mimo fiolki ketonalu oraz nadciągające chmury nie pozostawiają złudzeń: trzeba zrobić gorącą zupę, przespać się pół godziny i można ruszać. 
  
Udajemy się wzdłuż potoku, mijając parking, kierując się na mostek umożliwiający nam przejście na drugą stronę. 



Po ok. 10 min. mijamy drewniany kościółek i cały czas podążamy w górę szlaku.





Mniej więcej 5 min. od tego miejsca otwiera się nam już piekna droga i widok na Glocka, który jest potwornie daleko...




W zależności od tempa marszu po 40-60 min. od wyjścia z parkingu docieramy do pierwszego schroniska. Dotarcie w to miejsce to po prostu niedzelny spacer, z którego korzystają turyści w każdym wieku. My zatrzymaliśmy się na to, co najzdrowsze: frytki + kawa i to w zasadzie wystarczyło na kolejne 2 dni.



Widok na Glocka




Widok w kierunku parkingu



Dalsza część drogi biegnie przyjemnie, szybko i bezproblemowo. Dopiero pod schroniskiem Studlhutte (jakieś 30min. drogi) coraz bardziej pochmurne niebo uniemożliwia nam dalsze poruszanie się w obcym terenie. Mgła ogranicza widoczność do +/- 2 metrów, zaczyna padać deszcz, zaś nad głową słychać już burzę. Zaprawieni w alpejskich ulewach znajdujemy schronienie pod kamieniem. Ściśnięci przeczekujemy najgorszą ulewę. W końcu pomiędzy jednym, a drugim oberwaniem chmury postanawiamy ruszyć pod górę. Do schroniska docieramy po zmroku, samo podejście zajęło nam niespełna 4h, ale przerwy na jedzenie oraz w oczekiwaniu na okno pogodowe zatrzymały nas na dobre 2h. Jest późno, zaczyna się ulewa i pojawia się burza. To sprawia, że mając awaryjnie 1 dzień do dyspozycji zostajemy na noc w schronisku licząc, że rano się wypogodzi. Całą noc leje i grzmi... zasypiamy w ciepłych śpiworach z ambitnym planem: wstajemy o 4. 

Jakie można mieć przemyślenia o 4 rano? A po co się zrywać jak teraz wszyscy wstają, więc ani nie dopchamy się do łazienki, ani nie spakujemy. Lepiej odczekać godzinę. Jakie można mieć przemyślenia o 5 rano? A po co się tak wcześnie zrywać? Przeceż góra tam stoi i będzie stać równie dobrze o 6 W toku coraz ciekawszych przemyśleń wychodzimy przed 9 na szczyt. Jesteśmy ostatnimi, którzy o tej godzinie pchają się na górę. Co więcej, jesteśmy jedynymi, którzy zamierzają tam wejść i zejść na noc przynajmniej do Studlhutte. Dzień był słoneczny i chłodny - warto było się wyspać, zamiast zrywać o 4

 






Czeka nas długa droga. Musimy obejść powyższe szczyty oraz dostać się do lodowca. Idzie nam to jednak sprawnie i mimo pójścia własną drogą, bez przeszkód docieramy pod ferratę. Zajmuje nam to godzinę dłużej, niż zakładaliśmy. W międzyczasie widzmy, jak z góry odrywa się kawał skały i leci w stronę lodowca zatrzymując się mniej więcej 300m od nas - ten dźwięk działa jak fetysz









W końcu docieramy do Erzh. Johann Hutte na wysokości 3454m. Do szczytu mamy 250 metrów. Najtrudniejsze 250 metrów!  





W schronisku spędzamy ok. 20min., co pozwala nam się przebrać, wypić szklankę wody (3e) oraz chwilę odpocząć. Następnie wychodzimy na czapę śniegową, gdzie poruszając się w wąskich tunelach i ścieżkach kierujemy się na przełęcz.  



Od tego miejsca droga robi się coraz trudniejsza i coraz bardziej wymagająca. Trzeba uważać, aby nie podciąć śniegu, nie polecieć w przepaść i nie pociągnąć za sobą innych. Dodatkowo z każdą minutą pogoda robiła się coraz gorsza, co dodatkowo utrudniało orientację w terenie. Do siodła dostaliśmy się w miarę szybko i bez żadnych komplikacji.



Pod siodłem minęliśmy kilka grup, w tym także z Polski. Każda grupa zawracała zaledwie godzinę od szczytu ze względu na kończący się dzień oraz idącą burzę śnieżną. Każdy odradzał nam dalszą wędrówkę mówiąc, że to nie ma sensu, wchodzenie tam jest szaleństwem itp. My jednak, oceniając własne możliwości, uparcie szliśmy przed siebie mijając słupek za słupkiem a za nami... wędrowali Polacy Niewątpliwy plus, jaki nam ta pogoda zapewniła, to brak przewodników z turystami na szlaku, co ostatecznie oznacza pustą drogę - zjawisko rzadkie na tej górze. 

Na małym Glocku robiło się już bardzo zimno, zaś niebo przybierało coraz bardziej sino-granatowy kolor. Był to odpowiedni czas, aby założyć bluzę Na sławetnym odcinku pomiędzy małym Glockiem a kopułą właściwego Grossglocknera natrafiliśmy na zator. 3 może 4 osoby schodziły, schodziły, schodziły i zejść nie mogły. W końcu nasza cierpliwość się skończyła i dosłownie przeskoczyliśmy je. Pod ścianą pozostało tylko wybić się tak, aby złapać się tkwiącego w niej haka, założyć na nim stanowisko i wdrapać się wyżej. Prościzna prawda? Najlepiej przy tej skakance zapomnieć na chwilę, że ma się do przejścia ścieżkę z lodu i śniegu o szer. 10 max. 20 cm (dwie stopy obok siebie z pewnością się nie zmieszczą ), zaś po każdej stronie 800m na dyskusje z grawitacją. Koniec tej uroczej wędrówki wieńczy niemal pionowa ściana, gdzie po pokonaniu ok. 4m mamy pierwsze zaczepy. Dalsza część drogi jest już banalna. Jest to przede wszystkim odcinek trudny psychicznie. Technicznie nie zauważyłem żadnych trudności ani w tym, ani w innym miejscu, ale z pewnośią nie jest to góra dla amatorów. Łatwość pokonywania takich odcinków wynika z doświadczenia a nie z tego, że jest tam łatwo!!! To właśnie w tym miejscu większość osób kończy swoją przygodę z Glockiem - przynajmniej za pierwszym razem

Po przejściu tego odcinka do szczytu pozostaje ok. 10-15 min. drogi i właśnie w tej czasówce się zmieścliśmy.

W końcu jest!

 



Niestety na górze nie spędzamy zbyt wiele czasu. Pogoda jest bardzo zła. Widoczność do 50m, zaś w momencie, kiedy wyciągnęliśmy aparaty, by zrobić zdjęcia, zaczęły walić pioruny. Pod nami szalała ulewa z burzą, nad nami rozpoczynała się śnieżyca. Stalowy krzyż, łańcuchy i słupki stały się doskonałym przewodnikiem prądu. Przez nas przechodziło pole elektromagnetyczne, a czego nie dotknęliśmy - raziło. Zostanie tam było szaleństwem, schodzenie - mega niebezpieczne. Wybraliśmy opcje drugą, gdyż w innym układzie utknęlibyśmy na noc na blisko 4000m w burzy, bez namiotu, spiworu, ciepłych ubrań itd. W najgorszym układzie 450 m pod nami czekało schronisko



Droga powrotna szła równie szybko i sprawnie. Fakt, że rozbijanie pola elektormagnetycznego na stalowych słupkach, poręczówkach i hakach zajmowało nam trochę czasu, do tego zaczął padać śnieg, ale jakoś nie utrudniało nam to zejścia. Po ok. 30min. byliśmy na siodle i pozostało już tylko zejście żlebem oraz przecięcie zwałów śniegu. Na tej wysokości padał już grad z deszczem, więc stabilizacja pokrywy była średnia, zaś ręce przymarzały do skał. Zdarzyło się nam kilka razy zsunąć, ale na szczęście szliśmy na linie. Robiliśmy co 50m stanowisko i asekurowaliśmy się na wzajem, wydłużyło to nasze zejście o dobrą godzinę, ale w tych warunkach było to skuteczne i właściwe! 

Kiedy zeszliśmy na pole śnieżne pogoda nieco się poprawiła. Pod nami wprawdzie lał deszcz, ale na wysokości 3600 sytuacja się ustabilizowała Do schroniska docieramy szybko. W sumie czas zejścia wyniósł ok. 1h czas wejścia ok. 1,5h

W schronisku zmawiamy piwo i wodę. Ulewa i burza dociera rówież do nas. Postanawiamy przeczekać pół godziny. Godzinę. Półtorej godziny... W końcu postanawiamy schodzić w deszczu. Lodowiec będziemy pokonywać po zmroku, ale jest jeszcze szansa, aby za dnia przejść ferratę. 






Z ferraty faktycznie udało się nam zejść przed zmrokiem, ale mniej więcej w połowie lodowca zastała nas ciemność. Do tego lał deszcz, który zamarzał pod nogami, zaś wokół traskały pioruny. Te fantastyczne okoliczności przyrody sprawiły, że wydłużyliśmy czas przejścia przez lodowiec o dobre dwie godziny. 





Z lodowca wyszliśmy "gdzieś". Trawersując kolejne pół godziny jakąś nieokreśloną ścianę ujrzeliśmy w dole światła schroniska. Mając wyznaczony azymut docieramy do niego w ciągu kolejnych 30min. Jesteśmy totalnie przemoczeni, bez jedzenia, bez picia, ale za to 3h drogi do samochodu. Co to nam da, skoro na zewnątrz i tak szaleje burza, zaś im niżej, tym deszcz jest intensywniejszy? Postanawiamy zatem zostać na noc. Wysuszyć się, wypić na spokojnie piwo, wyspać się i zejść przed 9. 

Glock został zdobyty! Gdyby nie nasze lenistwo i niestety fatalne warunki, spokojnie byłby zdobyty w jeden dzień. Samo wejście i zejście, odliczając nocleg, czekanie na lepszą pogodę itp. zajęło nam +/- 15h.

Poranek przywitał nas pięknym słońcem i spokojem w schronisku. Wyspani przyglądaliśmy się, jak kolejne grupy zmierzają w tam, gdzie my już byliśmy. 






       ***********************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd?
Chcesz podzielić się swoją opinią?
napisz:


 http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 







Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja wiadomość:

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (23 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=