Mafadi Korona Europy
  Korab (Albania i Macedonia)
 

    

  
Голем Кораб - Korab  

(Maja e Korabit lub Mali i Korabit lub Golem Korab)

2764 m n.p.m

wyprawa inna niż wszystkie 



Korab - szczyt noszący kilka nazw w zależności od tego, z jakiego kraju decydujemy się na niego podchodzić. Jego wyjątkowość geograficzna zawiera się w lokalizacji, bowiem jest to jeden z dwóch europejskich szczytów, po których przebiega granica państwa. Dociekliwym przypominam, że wierzchołek Śnieżki leży po stronie Polski, zaś Rysów po stronie Słowackiej. Inną wyjątkowość stanowi fakt, że są to Góry Przeklęte, w których chodząc godzinami nie spotkamy żywego ducha. Kto tam był doskonale wie o czym mowa, kto nie był z pewnością zakocha się w ich pustkowiu, jak tylko je zobaczy. Ale wszystko po kolei... 

Na Korab wiodą dwie drogi - z Macedonii oraz z Albanii. Większość osób rozpoczyna wędrówkę stroną Albańską głównie dlatego, że (ponoć) jest to wariant bliższy a szlak zaczyna się w cywilizowanym miejscu. Dodatkowo Albańczycy zadbali o jego oznakowanie. Za to strona macedońska stawia przed nami nie lada wyzwanie już w samym dotarciu na szlak. Tak moi drodzy, Korab jest dosłownie na końcu świata i jeśli nie posiadacie samochodu zapomnijcie, że ot tak tutaj dotrzecie! A jeśli nie macie nikogo, kto was tu wprowadzi, do ostatniej chwili nie będziecie pewni czy uda się wam stanąć na szczycie. Jak łatwo się domyśleć wybieramy stronę macedońską! 

Macedonia - pierwsze kroki
Granicę pokonujemy rankiem 4 sierpnia w Elez Han i kierujemy się prosto na Skopje. Kontrola przebiega szybko i bezboleśnie. Prośba o używanie j. angielskiego skutecznie zniechęca strażników i bez żadnego sprawdzania samochodu, pytań o towary do oclania itp. pojawia się gest ręki wskazujący, aby jechać dalej. Niestety jakość dróg w Macedonii jest gorsza, niż w sąsiednim Kosowie przez co dalsza jazda staje się wolniejsza. Na szczęście stolica leży ok. 30min. drogi od granicy, więc na miejse dociera się naprawdę szybko. Miasto robi ogromne wrażenie a w jego monumentalizmie widać wpływy Rzymian a pamiętając ze szkoły lekcje historii niemal czujemy obecność Aleksandra Wielkiego. Jeszcze tylko pozostaje zaparkować samochód i można poczuć się turystą. I tutaj niespodzianka - w Macedonii nie można płacić w euro! Ekspresowo jednak rozwiązujemy ten problem, gdyż niemal obok parkuje swój samochód młody Macedończyk, który: 1) mówi po angielsku, 2) zamienia euro na denary dorzucając coś od siebie 3) kupuje karty parkingowe i wydrapuje na nich co trzeba a na koniec prowadzi prosto do centrum. Po drodze wymieniamy kilka informacji nt. zabytków i tego, co można w 3h obejrzeć. To jednak nie koniec dobrych wiadomości. Po rozwinięciu tematu, która to wizyta w MK i inf., że głównym celem są nie Skopje, ale Korab okazuje się, że nasz przewodnik jest wspinaczem i członkiem tamtejszego klubu górskiego. Dzięki temu staję się szczęśliwym posiadaczem informacji, jak technicznie się dostać na górę oraz jak w ogóle tam dojechać. I tak, po ok. 30min. miłej konwersacji rozstajemy się. Oczywiście tubylec dostał adres www Mafadi oraz meilia i telefon. Jak się potem okazało otwartość, szczerość i chęć pomocy to zachowania tutaj powszechne i w razie awarii spokojnie możemy liczyć na to, że ktoś nam pomoże.  


Skopje
Temperatura +38 w cieniu i ani grama jego występowania - a jednak warto! 
W pierwszej kolejności wybieramy główną ulicę handlową czyli deptak, który prowadzi nas prosto w centralne punkty miasta - budynki rządowe, teatr i bibliotekę.



Miasto jest wielkim placem budowy, zaś koryto rzeki (Vardar) rozdziela część zabytkową od części nowoczesnej. Część turystyczną od lokalnej. Wszędzie zaś powiewają ogromne flagi narodowe, gdyż Macedończycy są dumni z tego, że są Macedończykami.



Przechodząc rzekę oraz okoliczne zabudowania docieramy do placu, na którym stoją straganiarze. To jedyne w tych okolicach miejsce, gdzie dokonać możemy zakupu pamiątek i drobnych upominków. Wyżej dojdziemy do zamku oraz starych kamienic, w których obecnie mieszczą się dziesiątki barów i restauracji. Poza hostelami znajdujemy w końcu kantor a to oznacza, że pyszna baklawa i kilka innych lokalnych specjałów jest już w naszym zasięgu. Cenowo trudno cokolwiek powiedzieć, gdyż ogarnięcie ich waluty i przelicznika zajmowało zbyt wiele czasu, ale by się nad tym zastanawiać. Grunt, że i tak jest tutaj taniej niż w Polsce, zaś w dużych marketach honorują karty visa. Barier językowych i kulturowych na prózno szukać, jednak najgorszym było obserwowanie, jak z wolna wchodzi na te tereny rynkowa komercjalizacja i właściwie nie ma różnicy między sklepami w Polsce i Macedonii. Dlatego polecamy wszystkim podróżującym po Macedonii, aby zaglądali na przyuliczne targowiska. Niewątpliwie króluje tu arbuz i papryka, ale świeżość i smak warzyw i owoców to coś, czego nie zaznamy w zachodniej Europie.  
Po ok. 2h spędzonych na słońcu i całkiem niezłym maratonie po centrum, czas wracać do klimatyzowanego samochodu i udać się w dalszą drogę.



Wracając do auta podziwiamy górę - i tutaj pojawia się luka pamięciowa - oraz kanion z "matką" w tle. Niemniej miejsce to stanowi obowiązkowy punkt turystyczny oraz raj dla górołazów. Nas jednak pociąga magia Korabu, a jak się okazuje - intuicyjne parcie na dalszą drogę staje się uzasadnione, gdyż dotarcie w punkt docelowy graniczy z cudem. 

Droga na Korab
Wyjazd ze Skopji i kolejna niespodzianka. Koniec cywilizacji. Od tej pory drogi stają się coraz gorsze, ludzi coraz mniej, słońce coraz mocniejsze. Z początku idzie całkiem nieźle i nawet chaos drogowy robi się w miarę znośny. Można przywyknąć naprawdę do wszystkiego nawet do tego, że jadąc rondem napotkamy jadący z pod prąd samochód, który skraca sobie drogę. Codziennością jest w tych rejonach parkowanie na środku rond i ulic, ignorowanie sygnalizacji, kompletne nieużywanie kierunkowskazów i w zasadzie niestosowanie się do jakichkolwiek reguł panujących na drodze. Trzeba naprawdę uważać na wszystko, co pojawia się na drodze ale co zaskakujące... spędzając w tych okolicach blisko trzy tygodnie nie dało się zauważyć ani jednej stłuczki! Trzymanie się prawego pasa, aby na samym zjechać w lewo przecinając drogę wszystkim w środku, jazda pod prąd czy parkowanie tam, gdzie czuje się potrzebę akurat stanąć, ma jednak swój urok i chociaż na początku czułem się jak zdezorientowany kot przebiegający ruchliwą ulicę, to po 3 dniach odnalazłem się w tym chaosie jak ryba w wodzie. Fakt, że nawet dla tak wyluzowanej osoby jaką jestem i setek tysięcy km spędzanych za kółkiem w ciągu roku, jazda bywała czasem stresująca. 

Spokojnym tempem docieramy do Tetova a następnie Gostivaru. I właśnie w tej miejscowości misterny plan szybkiego dotarcia szlag jasny trafił. Po pierwsze od tego miejsca swoje ciche dni postanowiła mieć nawigacja. Po drugie - mapa paperowa nie ujmowała połowy dróg, zaś wszystkie pieczołowicie czytane opisy z wypraw w te rejony totalnie nie miały pokrycia z rzeczywistością. Opisy dróg, wejść i szlaków wiodących z Gostivaru na Korab okazały się piękną górską baśnią. Intuicyjnie jedziemy dalej, aż drogą E-65 docieramy do pierwszej lepszej wioski. Oczywiście nikt nie mówi po angielsku, ale na szczęście starzy ludzie posługują się niemieckim. Od miłego pana dowiaduję się, że należy kierować się na Debar. Nie do końca o to mi chodziło, gdyż Debar to strona albańska, zaś plan zakładał wejście od str. macedońskiej. Pan jednak uparcie tłumaczy mi, że najpierw będzie Mavrovo, a potem Debar. Jakież było jego oburzenie, kiedy zapytałem czy Mavrovo to ''Dorf'' - całe skupisko jednogłośnie zaoponowało: nein, das ist Stadt! No ok. licząc na szczęście, że w mieście Mavrovo znajdzie się ktoś, kto będzie wiedział jak dojechać na Korab ruszamy dalej. Dopiero w Mavroni Anovi otrzymujemy sensowną informację, gdzie jest Korab. O dziwo w końcu ktoś zaczyna kojarzyć Korab z górą a nie z hotelem czy restauracją. Kierujemy się dalej na Debar, droga jest w bardzo dobrym stanie, a kiedy miniemy miejscowość Trnica należy wypatrywać skrętu na osadę Nichpur, który pojawi się po naszej prawej stronie. W końcu jest! 



Wjeżdżamy na teren Parku Narodowego - bez najmniejszych problemów - i drogą asfaltową, która z czasem przechodzi w szrutową powoli pniemy się w górę. Po drodze mijamy źródełko czyli punkt czerpania wody na kąpiel. Po kilku km dojeżdżamy do pierwszego rozwidlenia szlaków tuż za mostkiem na rzece. W górę droga na Nichpur, prosto na Strezimir. Co mi odbiło, aby jechać na Nichpur nie pytajcie. Uparłem się, że na górę wjadę samochodem. Jakim cudem samochód osobowy o niskim zawieszeniu dał radę wjechać granią na zbocze jakiejś góry nie wiem, ale to był najtrudniejszy test umiejętności w prowadzeniu auta, jaki przechodziłem w swoim życiu. Jak łatwo można się domyślić, po kilku zakrętach na tej uroczej serpentynie oraz przecięciu paru cieków wodnych, auto przystosowane do poruszania się na autostradzie a nie w off roadzie, zwyczajnie odmówiło posłuszeństwa. I tak oto jesteśmy w ciemnym lesie, na końcu Europy, bez zasięgu i szans na wydostanie się. Zbliża się zmrok a zjechania z tej urokliwej drogi są takie, jak nawrotka trzy metrowym samochodem na drodze o szerokości 150cm. Po lewej przepaść, po prawej skały i rów melioracyjny na 50cm. Jeden mały błąd oznacza katastrofę z nikłą szansą na przeżycie. Pozostaje więc jedynie zjechać tyłem. Z perspektywy czasu wiem, że pomysł ten był jeszcze bardziej idiotyczny, niż wjeżdżanie tam przodem W końcu udaje się... z wyrwanym zderzakiem, urwaną osłoną silnika, śmierdzącymi spalenizną oponami i zagotowanym olejem samochód ponownie staje na dole. Nichpur to osada, w której są 2 domy i niewątpliwie została zdobyta w pięknym stylu  

Wracamy na właściwe tory, a więc ponownie przejeżdżamy mostek i 50m dalej w pięknej asfaltowej zatoce znajdujemy miejsce na nocleg. Noc odsłania ogromne ilość gwiazd i 
chociaż niebo jest bezchmurne, to w oddali słychać burzę. Jeszcze tylko szybki prysznic, miska soczewicy i można spać. Noce są tutaj bardzo zimne i chociaż w dzień nie można wytrzymać w cieniu, to po zmroku temperaturatura na dole spada do 7 stopni. 

Rześki ranek nie pozostawia złudzeń - trzeba wstać i iść, aby zdążyć wrócić przed zmrokiem. Do przejscia pozostaje dystans ok. 35km po kompetnie nieznanym terenie. Pierwszy etap drogi to dojście ok. 10km do posterunku straży granicznej Strezimir. Droga nie przysparza już żadnych problemów - może dlatego, że tym razem jest to wariant właściwy czyli wzdłuż rzeki. Dystans ten można pokonać samochodem. Droga nie jest zła, ale miejscami bywa przejezdna wyłącznie dla samochodów o wysokim zawieszeniu i właśnie te miejsca zadecydowały o tym, aby dalej iść już pieszo. 



W drodze do pierwszego posterunku mijamy kilka charakterystycznych punktów: most przy samochodzie, kolejny most w górze rzeki, skręt w las do monastyru oraz kilka wykutych w skale pomieszczeń technicznych





Po ok. 60-70 min. od wyjścia z samochodu pojawia się przed nami pierwszy posterunek. 





Niestety, mimo ogromnych nadziei nie jest to posterunek, od którego zaczyna się wejście na szlak. Stąd mamy jakieś 2h w potwornym upale pod górę. Po drodze nie ma ani jednego miejsca, gdzie można zaczerpać pitną wodę. Dodatkowo tempo spowalnia kompletny brak oznakowania szlaku. Trzeba więc isć powoli, aby nie pobłądzić w dziesiatkach dróg, ścieżek i rozwidleń. W Końcu w krzakach na rozstaju dróg pojawia się jedyny drogowskaz - a raczej tablica.


 
Trudno z niej wywnioskować w którą stronę należy się udać - właściwą jest odnoga drogi. Dalej idzie sie już bez większych problemów. Na Korab wiedzie szeroka szrutówka i wystarczy się jej trzymać. Na tej wysokości koryto rzeki powinniśmy mieć po prawej stronie - o tej porze roku są one całkowicie wyschnięte, co należy mieć na uwadze. W końcu docieramy do kolejnego rozwidlenia i tutaj pod skałami odbijamy w lewo i z wolna nabieramy wysokości. Podejście jest ładogne, zaś z góry wygląda to tak:   



Stąd do posterunku mamy ok. 20-30 min. Po drodze będziemy mieć jeszcze chatkę pszczelarzy. W końcu docieramy do posterunku, skąd rozpoczyna się szlak na Korab. Od tego punktu na górę jest ok. 5h. Posterunek przechodzi się bez żadnej kontroli i właściwie nikogo nie interesuje nasz pobyt i przybycie. Nikt też nie żąda pozwolenia na wejście, dzięki czemu udaje się zaoszczędzić ok. 100 zł. Raczej odczuć można, że przeszkadzamy strażnikom w śniadaniu, niż że chcieliby pytać o jakiekolwiek dokumenty czy cel wizyty. 



Po przejściu ok. 30 min. leśną drogą, jak zjawa ze snu wyłania się widok pasma Gór Korab.







Góry są teraz tak blisko i tak daleko, zaś Korab chowa się gdzieś wśród nich. Na Albanią zbierają się burzowe chmury, słońce pali a przed nami jeszcze ok. 20km pod górę. Początkowo droga nie sprawia problemu, należy kierować się na pasterską chatę a nastepnie minąć ją z lewej strony i iść w górę. 





Od tego momentu droga robi się coraz trudniejsza ze względu na jej znikomy, a miejscami całkowity brak oznakowania. Cała trasa prowadzi przez niekończące się łąki i wzgórza. Podchodząc w palącym słońcu pod każde wzniesienie ma się nadzieje, że to już, po czym rozpościera się widok na kolejne szczyt. I tak otwiera się przed nami bezkres górskiej pustyni, zaś Korab rozpoczyna zabawę. 









Wejście na Korab to prawdziwy egzamin na orientację. Wydeptane ścieżki są tutaj pomocne, ale pamiętać należy, że w pierwszej kolejności służą one pasterzom do przeganiania owiec niekoniecznie wyznaczając kierunke prowadzący na szczyt. Na szczęście w dużej mierze pokrywają się one z właściwą drogą, ale naprawdę należy bardzo uważać, aby się nie pogubić. Prawdziwym jednak niebezpieczeństwem są tutaj psy pasterskie. Totalnie dzikie, jak ich właściciele. To wyjątkowa i bardzo agresywna rasa, która w stadzie atakuje wszystko, co znajduje się w zasięgu ich wzroku. BEZWZGLĘDNIE trzeba zaopatrzyć się w coś, co pozwoli uniknąć z nimi starcia np. petardy itp. Pasterze zasadnczo mają gdzieś co robią ich psy, zaś psy czując przyzwolenie nie wypuszczą was ze swojego "aresztu". Poruszanie się w pojedynkę to prawdziwe szaleństwo, zaś robienie tego bez doświadczenia pracy z psami to czyste samobójstwo. Jeśli zawitacie w te strony wędrujcie tak, aby zawsze być w zasięgu wzroku pasterza i machajcie do niego z daleka. Na stałe koczują tam 4 stada, ale szczególnie niebezpieczne jest to ulokowane najniżej. 

Przechodząc pierwszy odcinek łąk i pastwisk docieramy do formacji skalnej, którą obchodzimy z lewej strony. Latem nie stanowi to żadnego problemu, ale zimą bardzo łatwo zsunąć się po trawie w doliny co ze względu na wysokość może skończyć się nie tylko potłuczeniem. Tutaj spotykam też pierwszych ludzi. Przerażonych Słowaków, którzy opowiadają swoją historię o zaatakowaniu przez psy, fatalnej pogodzie, spotkani straży granicznej i problemach z racji braku pozwolenia na wejście. Z uśmiechem wysłuchuję ich opowieści i życząc powodzenia maszeruję dalej. Chwilę później, po drugiej stronie owej formacji, spotykam kolejne dwie osoby. Tym razem Czechów, którzy idą z Albani po prostu przed siebie. 

Dalej czeka nas długa wędrówka przez łąki. Góry trawersujemy lewym zboczem - mając je po swojej prawej stronie, aż docieramy do kolejnego pastwiska. Nasłuchawszy się słowackich opowieści widząc pasterza macham jemu z daleka, zaś on gestem ręki pokazuje, że mam śmiało podejść. Niepewności dodaje mi jedynie jego pies sikający niemal pod moje nogi a następnie ostentacyjnie ignorujący moją obecność. Bezpiecznie idę przed siebie, w końcu następuje uścisk ręki na przywitanie. Kurtuazyjnie pytam: Korab? I oto pasterz gestem ręki znaczy mi drogę. Następna godzina to wędrówka w ciszy z dala od pastwisk i ludzi. 

Idziemy prosto, prosto, prosto... aż przed nami ukaże się masyw góry. Dopiero teraz znajdujemy się w masywie Korabu. Mając na wprost siebie skały, skręcamy w prawo, a po przejściu grani schodzimy na drugą stronę i ogromnym łukiem trzymamy się lewego kierunku. Po ok. 30 min. powinniśmy zobaczyć już Korab. Trasa wiedzie przez plątaninę strumyków, cieków wodnych itp. Wszystko wygląda tak samo, ale na szczęście na skałach pojawiają się czerwone znakowania szlaku. Co istotne, trzeba bardzo uważać, gdyż większość z nich nie jest widoczna w drodze powrotnej. Wysoki masyw, jaki z początku mamy przed sobą, a później przechodzi na naszą prawą stronę, to właśnie Korab. Z wypłaszczenia na którym się znajdujemy na wejście potrzeba nam ok. 40 min.  

Masyw porośniety jest jagodzinami i trawami, zaś co kilkadziesiąt metrów pojawiają się urwiska skalne. Należy podchodzić ok 20 minut poniekąd zostawiając górę za plecami po swojej prawej stronie, aby po przejściu wąwozów i urwisk ostro podejść na grań. Następnie granią ok. 10m na wierzchołek. Teren niepewny po deszczu, zaś zimą lawiniasty, ale do przejścia. Pod kopułą spotykam pasterzy, tym razem dzieci, które pytają mnie o kawałek czekolady. Niestety takich rzeczy w góry nie zabieram, ale z racji, że dzieciaki były głodne odstępuję im paczkę wafli ryżowych odnosząc jednocześnie wrażenie, że coś takiego widzą pierwszy raz i nie bardzo wiedzą jak do tego podejść. 

W końcu po małym zabłądzeniu udaje się osiągnąć założony cel





ok. godz. 11:20 staję na szczycie. Najpierw od strony macedońskiej,



a następnie albańskiej.



Jednocześnie w momencie położenia ręki na słupku, zza chmur dobiega pierwszy grzmot. Potwornie zmęczony podejściem już na wstępie wiem, że na odpoczynek nie ma czasu. Od Albanii nadciaga nawałnica. Dzielą mnie dosłownie minuty od tego, aby nie utknąć tutaj na noc. Na rozkoszowanie się widokami przeznaczam ok. 3 min., robię kilka zdjęć i nauczony doświadczeniem co oznacza burza na blisko 3000 metrów, zbiegam na dół. Od tej pory zaczyna się kolejna zabawa z Korabem...







Z masywu docieram do wypłaszczenia w ok. 15min. gubiąc po drodze kilka razy szlak. Na szczęście z góry widać wyschnięte koryta strumieni, na które powinienem się kierować. Za plecami robi się ciemno i tylko co jakiś czas słychać grzmoty. Nad Macedonią nadal słońce.



Ponieważ pogoda pogarszała się z każdą minutą, a co za tym idzie robiło się chłodniej, to i czas schodzenia był ekspersowy i przyjemny. Do czasu.... Po ok. godzinie od zejścia ze szczytu na horyzoncie pojawili się pasterze a wraz z nim stado owiec i... psy. Zauważony z ok. 2km dosłownie w kilka sekund byłem otoczony już przez watachę, gotową 
z przyjemnością mnie pożreć. No cóż, pozostało cierpliwe czekanie, aż pasterze odwołają psy i pójdą w swoją stronę. Po ok. 15 minutach bezskutecznego wołania, pasterze zwyczajnie olali sprawę i zeszli z owcami na drugą stronę wzgórza, zaś ja zostałem sam z trzema warczącymi psami. Przede mną pies, za mną pies, nade mną na skale pies, a z boku urwisko. Jedyne o czym się myśli w takiej sytuacji to, że jak tak dalej pójdzie, to zastanie mnie ulewa a wówczas chodzenie po tych łąkach przestanie być przyjemnie. Psiaki za nic w świecie nie myślaly o tym, aby wrócić do swojego stada i tak cierpliwie czekaliśmy sobie minuta po minucie... co jakś czas któryś nabierał odwagi i zmniejszał dystans z 10m do 9, do 8, do 3... w końcu mój spokój okazał się silniejszy od ich agresji i po dobrych 20min. stania niewzruszony ruszyłem przed siebie. 





Po ok. 10 min. dostrzegam znajomy kapelusz niebawem pojawia się też znajoma już chata pasterska i las. Dojście do posterunku policji zajmuje kolejne 20min. Tym razem miejsce to wieje pustką. Stąd schodzimy już doskonale znaną drogą, która wydawała się nie mieć końca. Zmęczenie upałem i wyczerpującym podejściem na szczyt dawało coraz bardziej we znaki, zaś wszędobylskie muchy uprzykrzały marsz. Na górskich szlakach nie spotykamy już nikogo, dopiero przy posterunku pojawiają się jakieś dzieci, zaś nieco poniżej stado krów maszeruje samotnie pod górę. Bałkany pokazały, że ludzi chodzących po górach praktycznie nie ma a turystów, których się tutaj spotyka można policzyć na palcach jednej ręki. 

Przed godz. 18 ponownie jesteśmy na parkingu przy rozwidleniu dróg na Nichpur, tutaj szybki prysznic i zjazd na sam dół, aby spokojnie bez towarzystwa much zjeść posiłek. Okazuje się, że jest to jednak niemożliwe, dlatego w nawigacji szybko pojawia się kolejny cel - Junik i jedziemy dalej. 


Informacje techniczne 
Najlepszy start: Posterunek policji Strezimir
Podjazd w górę ok. 60min.
Wejście na górę ok. 5h bez podjazdu ok. 8h
Zejście: 4h bez podjazdu ok. 5:30h
Wody pitnej i sklepów brak
Stopień strudności: latem łatwy, zimą średni miejscami trudny.
Poziom bezpieczeństwa: standardowy. 
Infrastruktura drogowa: do Skopje bardzo dobra, potem już tylko pozostają autosrady. Naprawdę warto odżałować te parę zł. 
Ceny produktów w sklepie: zbliżone do PL
Ilość zużytej wody pitnej: 2,5L 
Zagrożenia: PSY, jaszczurki i węże.
Warto zabrać: coś do obrony przed psami oraz czekoladę dla dzieciaków



 

********************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz podzielić się z nami swoją opinią?
Napisz: mafadi.pl.tl/Kontakt.htm
 

 

 






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja wiadomość:

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (25 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=