Mafadi Korona Europy
  Maglić (Bośnia i Hercegowina)
 
 

Maglić - Маглић

Najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny
2386 m n.p.m.



Bośnia i Hercegowina rozpoczęła prawdziwy cykl podróży po Bałkanach. Do tych okolic przymierzaliśmy się dużo wcześniej realizując sylwestrowy plan w Serbii i Bułgarii, ale dopiero wraz z nadejściem sierpnia prawdziwie przemierzyliśmy całe (no może z wyjątkiem Grecji i Turcji) Bałkany. Paradoksalnie BiH wcale nie miała być celem tej podróżny i od samego początku traktowana była jako dodatek o ile: 1) wytrzyma to samochód 2) wytrzyma to założony budżet. Szczęśliwie jedno i drugie wytrzymało ten szalony pomysł i droga poprowadziła nasz czterokołowiec najpierw do Zagrzebia, a następnie do Banja Luki. Przygoda zaczęła się jednak dużo wcześniej, kiedy to w pełnej euforii opuszczając Ptuj kierowca (facet za kółkiem ) niemal stratował posterunek straży na granicy z Chorwacją. Złowieszcze okrzyki "halt" itp. oraz biegnący za autem policjant były wystarczająco przekonujące, aby jednak czasem zwracać uwagę na znak stop i jego otoczenie. I tak właśnie, od szybkiego cofnięcia się do linii granicy i rozmowy z policjantem rozpoczęła się wielka przygoda z Chorwacją. Uśmiech na twarzy i słowo sorry załatwia tutaj wszystko, wdawanie się w dyskusję pt. nie zauważyłem itp. to strata czasu. Angielski i jego znajomość jest jak szafran w dobrym sosie czyli mamy znikome szanse na konwersacje w tym języku. Ma to jednak swoje dobre strony, bo procedura zatrzymania trwa zaledwie kilka minut,  przyjmuję pouczenie "emotion stop" i można jechać dalej. Mimo wczesnego poranka zaczyna się już upał i tylko dzięki klimatyzacji dalsza podróż staje się przyjemna. A przecież jeszcze 100km wcześniej rozważałem czy do końca mądrym posunięciem było nie branie kurtki. 

Po drodze koniecznie zaliczyć trzeba Zagrzeb. Nie tylko jako stolicę tego kraju, ale także jako miasto pełne tragicznej historii sprzed niespełna dwóch dekad. Obecnie Miasto osadzone jest w postsocjalistycznym klimacie i całkowicie wyludnione co zniechęca do uprawiania długich wędrówek. Dlatego stosunkowo szybko w nawigacji  pojawia się już następny cel: Gradiskady. Jedziemy!


Wjazd do Bośni i Hercegowiny:
Na granicy obowiązkowy postój trwający ok. 40min. i to tylko dlatego, że uparłem się czekać w kolejce za ciężarówkami. Kontrola graniczna okazała się czystą formalnością, zaś wszystko odbywało się w atmosferze uśmiechu. Sprawdzono paszporty i tutaj pada fundamentalne dla tych terenów pytanie z jakiego jesteśmy kraju? PL na tablicy rejestracyjnej czy trudny i długi wyraz na paszporcie ''Rzeczpospolita'' nikomu nic nie mówi. Jeszcze dziwniejszym wydają się być oznaczenia na dokumencie UE bo przecież do Unii właśnie się udajemy o czym informują nas tablice wjazdowe "Welcome United Europa". To nie istotne, że nikt nie wie co to jest Polska i gdzie ona leży. Grunt, że nie jesteśmy z Serbii i kochamy swoją Polskę na tyle, aby Serbami się nie stać. Jeszcze tylko pieczątka i możemy jechać dalej. Wjazd do Bośni już po pierwszych metrach rozwiał z twarzy nasze szydercze uśmiechy z aspiracji bytności BiH w UE. Pierwsze wrażenie to odczucie przeniesienia się z brudnej, biednej i dogorywającej Europy w cywilizowany i pełen życia kraj. Mimo późnej pory, bo granice przekraczamy w nocy, pojawia się masa czynnych restauracji, barów i sklepów. Ludzie wędrują z arbuzami we wszystkich kierunkach, zaś na ulicy zdaje się, że każdy trzyma w rękach filiżankę z kawą. Jak się później okaże, tak właśnie funkcjonują całe Bałkany. W końcu na trasie pojawia się Banja Luka, gdzie po dobie w aucie wypada pierwszy przystanek i chociaż jest już bardzo późno, to pokusa przejścia się chociaż po centrum zwycięża. 



Godzinę później w nawigacji pojawia się kolejny cel: Sarajewo, do którego docieramy nad ranem. 



Znalezienie miejsca parkingowego w centrum graniczy z cudem, jednak jadąc w górę za meczetem (centrum wyznacza mały meczet ulokowany przy zajezdni autobusów), udaje się zaparkować na kilka godzin. Postój jest oczywiście bezpłatny, zaś z wymianą waluty nie ma najmniejszych problemów. Wprawdzie banki są otwarte krótko, ale gdzie meczet, tam kantory! Co się zaś tyczy stolicy - Sarajewo to wielki plac targowy z trudną do oszacowania ilością kawiarń, dziesiatkami restauracji i ogromną ilością stoisk z rękodziełem. Jego główne punkty to: mały meczet (wyżej), główny meczet (niżej), urokliwy plac handlowy, ruiny "czegoś" przy hotelu Europa z flagą USA w centralnym punkcie, oraz główny deptak z małym rynkiem, na którym znajduje się uniwersytet. Miasto przypomina klimat, jaki zna się lub widziało na filmach, z tureckich targowisk. Po angielsku trudno się tutaj porozumieć. W jednym miejscu spotkaliśmy się nawet z manifestacją niechęci do obcokrajowców, ale to raczej urok konkretnego człowieka, niż ogólna tendencja. Niechęć znika, a nawet pojawia się swobodna komunikacja po angielsku, kiedy tylko zamierzamy za coś płacić Chwała Fenicjanom! 



Na koniec dnia pozostaje zjedzenie zupy z mango i wypicie rakiji. Kolejny cel, to upragniony Maglić.

Maglić:
Dotarcie na Górę przysparza nieco problemów navigacyjnych. W miejscowości Foca kończą się możliwości nawigacji, mapy klasyczne zakupione w Polsce okazują się jeszcze większą abstrakcją, zaś miejscowym Maglić zupełnie nic nie mówi. Jak zatem trafić we właściwe miejsce? Zacznijmy od tego, że dróg, z których można startować jest kilka, ale tylko jedną można dojechać Kierując się na Focę jedziemy cały czas prosto, aż po naszej lewej stronie pojawi się rozjazd na którym stoi stacja benzynowa - to ostatnia szansa na zatankowanie. Skręcając w lewo, przejedziemy rzekę i jadąc prosto wjedziemy do centrum. Skręcając zaraz za mostem w prawo wjedziemy w drogę M18, która prowadzi na granicę z Czarnogórą, zaś jadąc prosto wdzłuż rzeki (mając ją po lewej stronie) wjedziemy na drogę M20 prowadzącą do miejscowości Brod a w konsekwencji na Maglić. Należy więc kierować się tą drogą przez kolejne +/- 40km, aż po naszej prawej stronie pojawi się ruina stacji benzynowej, zaś po lewej zajazd. W ten oto sposób jesteśmy już w miejscowości Tjentiste, z której prowadzi stosunkowo łatwe i najkrótsze wejście na szczyt. Przed zajazdem (karczmą) skręcamy w lewo i następnie od razu w lewo - ostro pod górę. Droga jest fatalna i auto osobowe o niskim zawieszeniu nie ma szans na przetrwanie - zwłaszcza zimą. Podejście do górnego parkingu przy naprawdę dobrej kondycji to ok. 4h. Wjazd samochodem ok. 90min. (18km) prędkość maksymalna 15km/h. Po mniej więcej godzinie od wjazdu na teren Parku zapada decyzja, że dalej samochód tego nie wytrzyma i rozsądnym jest rozbić się w środku lasu, aby ok. 4 rano rozpocząć podejście. Ciepła noc, z dziesiątkami świetlików i cztorołapnymi złodziejaszkami jedzenia dodaje uroku temu miejscu, jednak ciepły posiłek sprawia, że po dwóch dobach na nogach sen przychodzi w ciągu kilku minut. Pobudka o 4 troszkę rozmyła się z czasem rzeczywistego wyjścia, niemniej o 6 rano startujemy. Wędrówka nie trwa jednak zbyt długo i po 10 min. dochodzę do wniosku, że jednak wracam po samochód i próbuję jego sił. Kolejne 20 minut jazdy i jesteśmy na Dragoś Sedlo.



A stąd na Maglić jest już tylko 10km



Na Siodle znajduje się duży wyasfaltowany plac. Tutaj większość osób pozostawia auta i rozpoczyna wędrówkę. My, dając się zwiejść pięknej asfaltowej drodze jedziemy dalej. Po 500 metrach zaczyna się prawdziwy off road. Czego nie zdążyliśmy urwać po drodze wcześniej z pewnością urwiemy teraz. Kończy się też oznakowanie szlaku, zaś kolejna godzina spędzona będzie na błądzeniu i poszukiwaniu szlaku pieszego. 

Parking główny znajduje się po lewej stronie na zakręcie. Na jego środku stoi ogromne drzewo, pod którym znajduje się miejsce na ognisko. Po prawej stronie drogi znajduje się wejście na szlak. Wszystko jest całkowicie zarośnięte, więc jeśli nie ma innych aut, to naprawdę trzeba się dobrze rozglądać, aby nie przejechać całego pasma gór, które okala szrutowa droga. W końcu wchodzimy na szlak.



Jedyny drogowskaz znajduje się już po po wejściu na leśną ścieżkę więc nie liczcie na to, że jego odnalezienie pójdzie gładko Pierwszy etap szlaku to podejście leśną ścieżką (należy trzymać się prawej strony), która szybko zamienia się w mini grań. Całość powinna zająć nie więcej niż 30-40 minut. Później wyłania się przed nami pasmo gór z Magliciem w tle. Mimo bezkresnego pustkowia czuje się tutaj spokój i bezpieczeństwo. 





Należy kierować się cały czas przed siebie w kierunku ściany, dopiero w jej cieniu szlak będzie zakręcać delikatnie w lewo. Idąc prawidłowo, po swojej prawej stronie powinniśmy mieć żleb, zaś przed sobą kolejną ścianę - patrz niżej.




W trzecim siodle zaczyna się poręczówka, która bezpiecznie pozwala przedostać się na drugą stronę skały, gdzie trzymając się prawej strony (po lewej pozostaje nam już tylko przepaść) pniemy się w górę. 



Dalsza część szlaku jest ubezpieczona i nie powinna sprawiać problemu. Dopiero minięcie charakterystycznego miejsca (patrz zdjęcie poniżej) otwiera przed nami najtrudniejszą część szlaku. 



Dalej kończą się poręczówki i jednocześnie czeka nas przecięcie żlebu, na którym zalegają tysiące drobnych kamieni. Efekt jest łatwy do przewidzenia: 2m w górę, metr w dół. Latem trzeba bardzo uważać, gdyż o zsunięcie nie trudno, zaś żleb ma ok. 300 metrów. Zimą jest to jedyne miejsce, w którym rozważyłbym użycie liny tym bardziej, że po przejściu żlebu podchodzimy niczym innym, jak kolejnym żlebem. Kamienie praktycznie lecą spod nóg i rąk. Na szczęście odcinek ten nie jest długi (20min. - ok.200m), a po jego przejściu jest już tylko łatwiej. 

Po wyjściu z drugiego żlebu, którego koryto będzie kierować nas lekkim łukiem w lewo, idziemy prosto przed siebie po łące, aż do zdobycia grani czyli najwyższego punktu na horyzoncie. Bezwględnie należy uważać, aby nie uciekać na prawą stronę zbocza oraz patrzeć pod nogi. Do póki nie wejdziemy na grań, będziemy mijać szereg szczelin skalnych. Niektóre są tak duże, że swobodnie pomieściłyby samochodód. Latem nie ma tutaj specjalnych trudności, ale zimą trzeba umieć poruszać się po tak zdradliwym terenie, aby nie wejść na pomost śnieżny! 

Na grani możemy czuć się bezpiecznie, zaś szczyt jest już nasz! Od sukcesu dzieli nas ok. 40min. drogi. Dalsza cześć szlaku prowadzi poniżej grani - LEWA STRONA zbocza!!! Idąc granią ryzykujemy spadnięciem w przepaść oraz połamaniem nóg, gdyż w wyższej partii pojawiają się szczeliny skalne. Latem pokonałem je bez przeszkód, ale ostatecznie i tak musiałem zejść do ścieżki, więc tylko straciłem na czasie. Oczywiście dodać należy, że szczyt od momentu wejścia na grań jest już w zasięgu naszego wzroku, więc z nawigacją nie ma problemów. 



Jeszcze tylko pionowa poręczówka, trawersowanie ostatnich metrów i kolejny sukces



Warunki pogodowe pozwoliły na rozkoszowanie się widokami strony bośniackiej, czarnogórskiej i albańskiej, zaś chłodny wiatr na szczycie przeciągał w czasie moment zejścia.











Po ok. 90 minutach jesteśmy ponownie na górnym parkingu. Po drodze po raz pierwszy pojawiają się 3 grupy turystów wprowadzane przez przewodników. Po krótkiej wymianie słów hello oraz informacji, że na górze wieje zimny wiatr (na dole było ok +40 w słońcu) znów zapada górska cisza bez żadnego ludzkiego odgłosu w tle. 

Jeszcze tylko zasłużone śniadanie w postaci melona i mocnej gorącej kawy i można wracać. Zjazd zajmuje ok. 60 minut i tutaj czeka nas przymusowy postój. Samochód zatrzymuje straż Parku Narodowego żądając wniesienia opłaty za wjazd samochodem na teren Parku. Jednakże, jako że walenie głupa to nasza specjalność narodowa, to walimy go również teraz i kiedy podchodzi strażnik z plikiem biletów, z kamienną miną słyszy: no souvenirs, thank you. Bezczelności zaczyna wychodzić mi niemal tak dobrze, jak chodzenie po górach. W końcu strażnik okazuje bezsilność i negocjuje, aby zwieźć go na dół. I tak w Bośniackim towarzystwie wracamy do Foca. Tam strażnik zostaje pożegnany, zaś w navigacji pojawia się kolejny cel - Podgorica.



Informacje techniczne:

Najlepszy start: Tjentiste
Podjazd pod górę: 60-90 min. 
Wejście na górę 2h 20min.
Zejście: 1h 30min.
Wodopojów i sklepów brak. 
Stopień trudności: latem bardzo łatwy, zimą średni.
Poziom bezpieczeństwa: karaj bezpieczny i przyjaźnie nastawieni ludzie.
Infrastruktura drogowa: na dużo wyższym poziomie niż w PL.
Cena paliwa: średnio 10% taniej niż w PL jakość nieporównywalnie lepsza.
Ceny produktów w sklepie: średnio 10% taniej niż u nas. 

Na niektórych stacjach, w sklepach, restauracjach i w miejscowościach przygranicznych można płacić w euro, jednak cena produktu jest wówczas nieco wyższa. Warto więc wymienić walutę. 


*******************************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz podzielić się z nami swoją opinią? 
Napisz:
 http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 
 
 






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja wiadomość:

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (1 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=