Mafadi Korona Europy
  Rysy (Polska)
 

Rysy

 


  - Na Rysy może wejść każdy!
  - Zimą? 

Ten cytat, z filmu Cisza, doskonale oddaje czym jest zimowe wejście na Rysy. Niby może wejść każdy, niby jest łatwo, niby szybko... przedrostek niby towarzyszy tej górze w zdumiewająco dużej ilości myśli ku niej skierowanych. Także niby ilość zejść zgadza się z liczbą wyjść. W końcu, jakby nie patrzeć, niby każdy zszedł...   

Rysy to szczyt, który od wielu lat stawiał mi niespodzianki a każdy wyjazd ukierunkowany na jego zdobycie każdorazowo napotykał jakieś ale. Pomijając kwestie zespołowe, zawsze trafialiśmy jak nie na złą pogodę (deszcz, lawiny, zawieje), to inne przyczyny losowe. Tym razem miało być inaczej może dlatego, że Rysy miały stanowić wisienkę na torcie a nie jedyny punkt tego wyjazdu i chyba też nie do końca wierzyliśmy, że uda się nam przedostać do Morskiego Oka. Plan był ambitny: Przejście Orlą, zejście do Doliny Pięciu Stawów, Przedostanie się do MOka i wejście na Rysy. Wszystko to w ciągu 2 max. 3 dni. Zważywszy, że w Tatrach panował 3/2 stopień a niespełna 2 tygodnie wcześniej lawina zmiotła z Rysów zespół dużo bardziej doświadczony od naszego, brzmiało to całkiem nieźle.  


Pierwsza przeszkoda: grypa. Każdy z nas już przed wyjazdem walczył z grypą lub grypopochodnym czymś. Podróż jakoś nie ułatwiała zmiany tego stanu, ale co tam. Byle do przodu. W Zakopanym byliśmy popołudniem, zaś wieczorem dotarliśmy do Murowańca. Wejście z gorączką, katarem, kaszlem i zmęczeniem jakoś nie poparwiała mojego stanu tym bardziej, kiedy w ramach "kuracji" mokrym wędruje się w temperaturze minus iluś tam... efekt? Osiągnięcie stanu przypominającego chorobę wysokościową. Przynajmniej było ciekawie...

Kondycja siada, zdrowie siada ale przynajmniej pogoda dopisuje



Do schroniska docieramy mniej więcej ok. 19:00. Szykujemy śniadanie, obiad i kolację. Bierzemy zimne piwko i zalewamy super zdrową zupkę w proszku. Efekt pioronujący z osiągnięciem innego stanu świadomości włącznie - przynajmniej w moim przypadku Tym samym do pakietu zdrowia dołączam zatrucie a w końcowym rezultacie także odwodnienie. W tym stanie możemy w końcu iść spać. Iść spać nie oznacza oczywiście miekkiego łóżka w ciepłym pokoju i pachnącej pościeli, ale znalezienie odpowiednich zarośli. Takowe napotkaliśmy nieco niżej na linii Murowaniec - Czarny Staw. Jeszcze tylko wykopanie odpowiedniej jamy w  śniegu i gotowe...można rozkoszować się wypoczynkiem Zegarki budzą nas ok. 4 i szybko znajdujemy dziesiątki powodów, dla których nie należy tak wcześnie wstawać łącznie z tym, że przecież w nocy śnieg jest mniej stabilny niż za dnia i lepiej poczekać Dajemy sobie jeszcze godzinkę, jednak tym razem sen przerywa coś, co parę metrów od nas postanowiło utorować sobie drogę. Czy to był niedźwiedź, kozica, zając a może skiturowcy pozostanie już tajemnicą. Postanowiliśmy przeciwnika wziąć na metodę zignoruj.      

Ok. 6 zbieramy się do wyjścia. Mroźna noc nieco zniwelowała gorączkę, ale wcale nie czuję się lepiej. Chłopacy znikają za horyzontem, zaś ja z poczuciem, że zaraz wypluję płuca staram się ich dogonić. Siłą kompromisu polegającą na tym, że ja przyspieszam a oni zwalniają spotykamy się pod żlebem Staniewskiego. Chwila odpoczynku, łyk herbaty i ruszamy w kierunku Granatów. Sytuacja się powtarza a do tego odzywa się dawna kontuzja kręgosłupa. Koktajl z tramalu i ketoprofenu zmiast pomagać jedynie wykańcza żołądek. W tym stanie (chodzi głównie o czas poruszania się) nie ma sensu atakować Orlej, gdyż oznacza to spanie na grani, a nie do końca o to chodziło. W górze żlebu okazuje się, że zalegająca ilość śniegu nie tylko jest ryzykowna dla dalszej wędrówki (co akurat jest najmniejszym problemem), ale będzie wymagać ogromnych nakładów sił. Poza tym przejście górą i tak jest mało realne gdyż mamy z sobą za małą ilość sprzętu. Postanawiamy się wycofać, zaś chłopacy, aby nie tracić dnia, uderzają na Kościelec.  





Kościelec, nie wiem który już raz, zostaje zaliczony (tym razem beze mnie). Pozostaje teraz kalkulacja siły, czasu i warunków czyli: schodzimy i od dołu atakujemy Rysy czy zostajemy, odpoczywamy i próbujemy jeszcze raz sił na Orlej. Decyzja pada na Rysy. Schodzimy zatem do Kuźnic i jedziemy na Łysą Polanę. 

Na parkingu zagrzewamy piwo z ogromną ilością przypraw i jeszcze większą ilością pieprzu. Dwa kubki tej znakomitej mieszanki przywracają oddech w płucach. Noc spędzamy w samochodzie. Wyspani, rozgrzani możemy próbować swoich sił. W tym stanie zrobienie szczytu w jeden dzień jest nierealne, wiec postanawiamy rekreacyjnie dojść do schroniska, podejść ile tylko się da i zorganizować sobie nocleg. 

 
Po ok. 3h docieramy do schroniska mieszcząc się tym samym w turystycznej czasówce. Zważywszy wczorajszy stan oraz wrzucenie sobie 10-15 kg na placy jest nieźle. 



W promieniach słońca wygrzewamy się kilka godzin, aż w końcu nieuchronnie przychodzi czas, aby ruszyć dalej. Na nolceg wybieramy okolice Czarnego Stawu, pod który docieramy stosunkowo szybko.  






W słońcu było całkiem przyjemnie, ale w cieniu robi się potwornie zimno. Dodatkowo wyżej pojawiają się delikatne podmuchy lodowatego wiatru. Zanim zastanie nas zmierzch, szybko zabieramy się za założenie obozu. 





Nocleg zorganizowany, można coś zjeść... Szef kuchni poleca: zamarznięty pasztet sojowy, dwudniowa bułka i zupka z proszu zalewana roztopionym śniegiem. Do picia? Śniegowa herbata czyli górskie zimowe luksusy



Po tej pożywnej uczcie pozostaje już tylko rozkoszować się zachodem słońca na Tatrami...





Tuż przed zachodem zasypiamy. Zostaliśmy już tylko my i góry...

Godzina 2:00 pobudka. Szybkie zwinięcie obozu a w międzyczasie gorąca herbata. Postanawiamy zredukować wagę plecaków i zostawić na dole to wszystko, co będzie bezużyteczne na górze. Na półlekko wychodzimy punkt 3. Z początku wszystko idzie sprawnie i całkiem nieźle. Najpierw w dół do stawu, a następnie przejście przez staw. Jest ciemno, bardzo ciemno. Daleko za nami widać kilka czołówek, przed nami a przed sobą zmarznięta biel. W wielu miejscach po nocnych nawiewach nie ma śladów i musimy sami wyznaczać sobie trasę. Na odsłoniętych odcinakach wiatr szybko zasypuje śniegiem nasze ślady. W końcu choroba daje o sobie znać i dystans między nami zaczyna się zwiększać. Niewydolność oddechowa sprawia, że idę coraz wolniej, zaś nasi towarzysze doganiają mnie w połowie drogi. Tuż przed wschodem widać coraz więcej latarek na Morskim Oku. Niemal wszyscy prą do przodu, aby zdążyć na wschód słońca. Osobiście nie czuję takiego parcia, wszak słońce wszędzie jest to samo i świeci w jednakowy sposób Robi się coraz bardziej stromo i tłoczno. 









I tak metr po metrze, zaś droga wydaje się nie mieć końca








W końcu docieram pod grań. Chłopacy mają za sobą przepiękny wschód słońca i czekają już na szczycie. 


















Na grani dopisuje nam szczęście. Śniegu jest niewiele (może metr) co umożliwia nam jej przejście z użyciem łańcuchów.  



Pozostaje jeszcze obejście kopuły...



I wszyscy punkt 8:00 spotykamy się na szczycie





Formalnie pozostaje nam jeszcze przejście na wierzchołek po słowackiej stronie





Na szczycie długo pozostajemy sami, co pozwala nam nie tylko odpocząć, ale również nacieszyć się widokami. 





Droga powrotna zajmuje nam kolejne kilka godzin i jest równie wyczerpująca, jak wejście, chociaż z mniejszą już zadyszką  

Wrażenia? Kondycyjnie góra daje w kość zwłaszcza mięśniom i stawom nóg. Przy dobrym stanie zdrowia,kondycji i super warunkach pogodowych to i tak ok. 8h marszu (licząc schronisko-szczyt-schronisko). Ryzykownym jest wchodzenie na nią w stanie przeziębienia, grypy itd. Wówczas poziom zmęczenia jest znaczny i można bardzo łatwo popełnić błąd, który na Rysach najczęście oznacza śmierć. Decyzję o wchodzeniu w takim stanie podjąłem z dwóch względów: wychodziliśmy w nocy, co w razie problemów dawało dodatkowo kilka godzin na pokonanie trasy oraz posiadałem świadomość własnego doświadczenia, które pozwala mi poruszać się nie tylko w trudnych warunkach, ale również w nocy i w stanie wyczerpania. Ostatecznie dałbym radę przenocować i zejść nad ranem, ale niedzielny turysta mógłby wpędzić się w kłopoty, gdyż zwyczajnie nie miałby siły aby zejść przy jednoczesnej kotroli każdego ruchu (po godz. 9:00 było na tyle ciepło, że w wielu miejscach nie było zwartego związanego śniegu). 

Natomiast technicznie Rysy dla osoby obytej z zimową turystyką nie powinny stanowić problemu i poza rakami i czekanem nie trzeba tutaj niczego wnosić. Przy dużym opadzie śniegu warto mieć jednak linę, by zrobić sobie poręczówki na ostatnim - szczytowym już podejściu. Problem pojawi się dopiero wówczas, kiedy dojdzie do upadku. Góra ta bowiem nie pozostawia nam zbyt wielu miejsc na zatrzymanie się. Zakładamy jednak, że zimą na górę o takim nachyleniu porywają się osoby, które potrafią poruszac się w rakach i w razie problemu wyhamować na czekanie. Śmiertelnym zagrożeniem jest podcięcie lawiny. Droga na szczyt to ok. 600 metrów stromego stoku co po uwzględnieniu długości lotu, nabieranej prędkości i ściągniętych mas śniegu daje nikłe szanse na przeżycie.  

Jak zatem widać, na Rysy każdy może wejść... niby...  




*************************************************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz podzielić się swoją opinią lub uzyskać więcej informacji?
A może chcesz się z nami zabrać na górski szlak?

Napisz:

 

http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (2 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=